„Ja nie mam talentu”
czyli największe kłamstwo, w które wierzymy przed wejściem na warsztaty
Ile razy słyszałam to w progu Warsztatowni? Nawet trudno mi to zliczyć. Ktoś staje w drzwiach, rozgląda się niepewnie po stołach pełnych farb, gliny czy suszonych kwiatów i z uśmiechem (pod którym kryje się lekka panika) rzuca na powitanie:
„Tylko uprzedzam, ja nie mam za grosz talentu! Nawet prostej kreski nie potrafię narysować.”
Znasz to uczucie? Ten cichy głosik w głowie, który mówi, że jeśli nie malujesz jak Picasso i nie rzeźbisz jak Michał Anioł, to w ogóle nie powinnaś się za to zabierać? Czas raz na zawsze rozprawić się z tym największym warsztatowym kłamstwem.
Skąd wziął się mit „prostej kreski”?
Tak nauczyliśmy się, że tworzenie sztuki to egzamin z realizmu. Zaczęliśmy dzielić ludzi na tych „z talentem” (którzy robią rzeczy ładne i proste) i całą resztę, która powinna trzymać się z dala od pędzli. Szkoda tylko, że po drodze zgubiliśmy to, co w tworzeniu najważniejsze: czystą radość z samego robienia rzeczy.
Większość z nas niesie ten bagaż jeszcze z czasów szkolnych. Na lekcjach plastyki często oceniano nas nie za zaangażowanie czy wyobraźnię, ale za to, czy nasz rysunek konia przypomina konia z encyklopedii. Jeśli przypominał raczej psa po przejściach – dostawało się tróję.
Tu nie ma ocen!
Tak nauczyliśmy się, że tworzenie sztuki to egzamin z realizmu. Zaczęliśmy dzielić ludzi na tych „z talentem” (którzy robią rzeczy ładne i proste) i całą resztę, która powinna trzymać się z dala od pędzli. Szkoda tylko, że po drodze zgubiliśmy to, co w tworzeniu najważniejsze: czystą radość z samego robienia rzeczy.
Warsztaty to nie sprawdzian. To czas, kiedy masz prawo się pobrudzić. Masz prawo wylać za dużo tuszu alkoholowego i patrzeć, jak kolory niespodziewanie łączą się w coś zupełnie abstrakcyjnego. Masz prawo ulepić miseczkę, która z jednej strony jest grubsza, a z drugiej cieńsza. Pozwól sobie na spontaniczność i kreatywność, bez logiki i kontroli.
Magia krzywego kubka
Wiesz, co się dzieje z tymi wszystkimi osobami, które na początku zarzekają się w moich drzwiach, że nie mają talentu?
Siadają do stołu, ostrożnie biorą do ręki narzędzia. Na początku są spięte, a ich ruchy są ostrożne. Ale mija piętnaście, dwadzieścia minut… i nagle ramiona opadają a ich uwaga jest tu i teraz. Zaczyna się rozmowa z osobą obok, czasem śmiech, a czasem po prostu przyjemna, pełna skupienia cisza. Przestają myśleć o tym, czy ich praca będzie arcydziełem, a zaczynają czuć fakturę drewna lub próbują zapachów do wosku sojowego aby odnaleść swoją kompozycję.
Na koniec z błyskiem w oku patrzą na to, co stworzyły. Może ta świeca nie jest idealnie gładka na brzegach. Może wisior z żywicy ma w środku malutki bąbelek powietrza. Ale jest ich, zrobiony własnymi rękami, w czasie, który podarowały tylko sobie. I to właśnie te „niedoskonałości” nadają przedmiotom duszę. Fabryki robią rzeczy idealne. Ręce robią rzeczy z charakterem.
Zostaw „brak talentu” przed drzwiami
Talent to tylko mały ułamek sukcesu. Cała reszta to odwaga, żeby spróbować i dać sobie prawo do popełniania błędów.
Dlatego następnym razem, gdy pomyślisz o zapisaniu się na warsztaty – czy to z robienia lasu w słoiku, czy malowania ceramiki – i poczujesz ten znany ścisk w żołądku, zignoruj go. Zostaw swój „brak talentu” przed drzwiami pracowni. Obiecuję Ci, że w środku znajdziesz tylko dobrą kawę, święty spokój i przestrzeń, w której każda Twoja krzywa kreska będzie absolutnie na miejscu.



